Artykuł napisany na podstawie wywiadu z młodą kobietą, położną, o jej studiach, a później doświadczeniach w pracy dotyczący jej przeżyć i kwestii pro-life w codziennym życiu.  Jest to spojrzenie z perspektywy osoby, która ratuje najmniejsze ludzkie istoty na OIOMie noworodków.

 

Marzena skończyła kilka lat temu wymarzone studia. Uzyskała tytuł magistra Położnictwa na Wydziale Medycznym Uniwersytetu Rzeszowskiego. Typowego pro-life nie było  – wspomina, – były tematy naturalnego planowania rodziny, ale nie były propagowane, raczej mocno omijane. Dlaczego przy omawianiu plastrów hormonalnych, tabletek „dzień po”, aborcji czy in-vitro nikt nie określał, że to jest złe? Bo teraz nikt się nie określa (czy jest za czy przeciw). To niemodne. Z medycznego punktu widzenia powinno być inaczej. Każdy rodzaj terapii powinien być omówiony ze wskazaniem na pozytywne i negatywne skutki stosowania. Tymczasem propagowano wręcz antykoncepcję. Wstrzyknięcia, plastry, tabletki – na plus, bardzo niewiele mówiono o minusach. Zapewne dlatego, że to biznes. Studenci przyjmowali to, nie było miejsca na dyskusję. A przecież to uniwersytet, gdzie merytoryczna dyskusja, rozprawa naukowa, gdzie logiczne wnioski?

Z punktu widzenia nauki, życie ludzkie rozpoczyna się od połączenia gamety matczynej i ojcowskiej (tj. komórki jajowej i plemnika). Najnowsze badania dowodzą, że rozpoczyna się jeszcze przed połączeniem materiału genetycznego obecnego w jądrze komórkowym tych gamet. Mimo, że taka definicja naukowa istnieje, niektóre koleżanki na studiach Marzeny twierdziły, że człowiek jest człowiekiem od momentu, gdy zacznie bić jego serce, czyli od dwudziestegopierwszego dnia od zapłodnienia. Książkowa definicja to zupełnie co innego, studenci mieli swoje definicje – zmieniali je podług wartości, które wyznają. Czyli podejście indywidualne, a nie naukowe. Nikt ich z tego nie rozliczał. Nazw „zarodek” albo „zygota” używali zapewne dlatego, by nie czuć na sobie odpowiedzialności zabicia „dziecka”. Studentki nie były przeciwne aborcji, tylko dwie osoby na całym roku deklarowały się przeciwko temu „zabiegowi”. Mówi się o terminacji ciąży, bo to lżejsze, mniej popularne słowo. Wszystkie podmianki, by nie obciążać się psychicznie. „Zabiłem zarodek” –  tak już nikt nie powie. Jedna z koleżanek Marzeny pracuje na ginekologii. Na tym oddziale częste jest wyparcie ze świadomości sytuacji, że ktoś nie chce własnego dziecka. Mówi się wtedy często, że „dochodzi do poronień”. Bo po co się męczyć i urodzić dziecko, które jest wynikiem gwałtu? A nie patrzy się na konsekwencje dalsze. Pozbycie się ciąży to dopiero początek problemów. Nie tylko zdrowotnych. Psychika kobiety prędzej czy później na to zareaguje.

Co do ludzi wierzących… Z uwagi na wiarę powinno się odrzucić wszystko, co niszczy życie i zdrowie. Ludzie myślą, że bez konsekwencji będą sterować płodnością. Kobiety stosują doustnie pigułki hormonalne z uwagi na wygodę. Często nie wiedzą, że nie jest to środek tylko antykoncepcyjny. Do znajomej, która od 6 lat stosowała tę metodę, Marzena powiedziała: „Czy Ty jesteś świadoma, że mogłaś już stracić 6 dzieci? Pigułki są też środkiem wczesnoporonnym, nie uniemożliwiają w 100% dojścia do zapłodnienia.” Przy regularnym ich stosowaniu i regularnym współżyciu średnio raz na rok poczyna się dziecko, które nie jest przyjęte przez ciało matki z uwagi na dawkę hormonów. Żadna forma antykoncepcji nie daje stuprocentowej skuteczności. Nawet bardzo niezdrowa dla mężczyzny wazektomia, czyli podwiązanie nasieniowodów lub częściowa sterylizacja, usunięcie macicy – dopóki są jajniki może dojść do ciąży pozamacicznej. Jedynie zupełna kastracja czyli usunięcie jajników czy jąder daje stuprocentową pewność.

Wiele kobiet, szczególnie młodych nie jest w stanie przyjmować antykoncepcji hormonalnej. Niejedna dziewczyna stwierdziła, że w trakcie stosowania była nerwowa i dziwnie się czuła. czuła, że pigułki jej szkodzą. Jeszcze więcej kobiet przekonało się dopiero po kilkuletniej „kuracji” o ich szkodliwości. Najpopularniejsze w Polsce, produkowane w Niemczech zawierają drospirenon, który wywołuje trombozę prowadzącą do embolii płucnej, a w następstwie  do wylewu. Zostały powołane specjalne komisje Unii Europejskiej i zapewne niedługo  pigułki zostaną wycofane z obiegu. Plastry antykoncepcyjne są tak samo niebezpieczne. Zawierają mikroigły, które przyczepiają się do skóry i zapewniają transport hormonów do krwioobiegu. Dochodzi często do zatoru żył i zgonów. Firmy wypłacają rocznie wielomilionowe odszkodowania rodzinom ofiar biznesu. Poza tym głównym skutkiem ubocznym, niestety najczęstszym, jest rak – piersi bądź szyjki macicy. Antykoncepcja w postaci spirali wewnątrzmacicznych jest bardzo szkodliwa, nie tyko na ze względu na fakt, że jest ciałem obcym w organizmie  co nigdy nie jest obojętne. Zawiera bardzo toksyczną miedź. Gdy dojdzie do poczęcia, wrasta w rozwijający się organizm dziecka. Długo by o opowiadać o wszystkich skutkach ubocznych tych metod. Warto jednak wspomnieć o tabletkach „dzień po”. Z punktu widzenia medycyny w ogóle nie powinno się ich przyjmować, maksymalnie trzy razy w życiu, większe nadwyrężenie zdrowia może okazać się zbyt kosztowne. Jest to ogromna dawka hormonów, która wywołuje szok i wyniszcza organizm.

Ciężko nazwać środki antykoncepcyjne lekami, ponieważ nie leczą, tylko upośledzają organizm – stan zdrowia to płodność. Najpierw problemy, by nie zajść w ciążę – później odwrotne problemy. In-vitro, które jest bardzo szkodliwe, szczególnie dla kobiety. Na szczęście coraz bardziej popularne są kliniki naprotechnologii. Nazwa tej metody powstała od angielskich słów: Natural Procreative Technology -dosł. metoda naturalnej prokreacji już 30 lat temu. Sama metoda polega na diagnozowaniu i leczeniu niepłodności poprzez prowadzenie dokładnych obserwacji organizmu kobiety i formułowaniu indywidualnych dla każdej pary wytycznych. Jej ojcem jest prof. Thomas Hilgers, który oparł się na modelach płodności Creightona.

Marzena pracuje na noworodkowym OIOM-ie. Dwadzieścia dwa tygodnie to jest minimalny okres przebywania w brzuchu matki, dopiero powyżej 22. tygodnia życia prenatalnego, dziecko ma szanse przeżyć, oczywiście przy pomocy sprzętu. Gdy rodzi się takie maleństwo wkracza na ratunek jego życia zespół noworodkowy. Zdarza się, że w osiemnastym tygodniu rodzi się żywe dziecko, nawet o wadze 200-300 gramów, ale nie ma szans na przeżycie – sprzęt by go nie objął, nie ma takich rozmiarów igieł, by wkłuć się w tak maleńki organizm. Podobnych rozmiarów dzieci rodzą się w przypadku „nieudanych” aborcji. Miało ich nie być wcale, a one przeżywają, jednak zwykle nie na długo.  Na co dzień człowiek nie zdaje sobie z tego sprawy, chociaż ostatnio głośno było o takim przypadku.

Aborcja? – to z pewnością nie jest łatwa decyzja, a od trudnych tematów się ucieka. Uciekamy i dystansujemy się, bo myślimy, że nas to nie dotyczy. A nie wiemy jak jest w naszej rodzinie – nie każdy chwali się czy dzieli problemami. Zdaniem młodej, lecz już doświadczonej położnej można pomóc w podjęciu decyzji o odrzuceniu tego „pomysłu”. Wystarczy jasno określić swoje stanowisko. „Jestem za” czy „jestem przeciw”. Określona postawa bliskich i nawet znajomych daje ogromne psychiczne wsparcie. Jeśli mówią bez ogródek, że to jest złe – kobieta ma konkret, ma do czego się odwołać. Ważne jest, by dać komuś poczucie, że nie jest sam, jest ktoś obok, który mówi „NIE” DLA ZABIJANIA i „TAK” DLA ŻYCIA.

 

 

Autor: Marta Długokęcka

Część II ukaże się 27.03.2017 r.